Dwa lata temu, będąc jeszcze
w Szkole Teatralnej, debiutowała Pani na Scenie "Przy Pompie".
Czy to dobre miejsce na koncerty?
Magdalena Sekuła: To był mój pierwszy,
samodzielny recital. Oczywiście wcześniej były spektakle szkolne, konkursy,
ale to nie to samo. Był na pewno wielkim przeżyciem. Dużo radości, ale
tyle samo obaw. Miałam szczęście, że te pierwsze, najtrudniejsze kroki
stawiałam właśnie w tym miejscu. Sceny ogródkowe, a taką jest Scena
"Przy Pompie", są naprawdę wyjątkowe. Nie ma efektu teatralności,
sztywności. Jest jedynie przyroda i muzyka.
Co Pani daje tak bliski kontakt z publicznością?
Nie wiem... Naprawdę, nie wiem... Śpiewając staram się przede wszystkim
myśleć o piosenkach. Jak najbardziej się w nich zapomnieć. Dogłębnie
oddać się temu, co robię, absolutnie nie myśląc o „wyinscenizowanym”
geście, dźwięku. Poddaję się chwili, a bliskość publiczności jest chyba
naturalną konsekwencją mojego „uczciwego przebywania”.
Wykonuje Pani trudną, niezbyt
popularną, klimatyczną muzykę. Są to między innymi Paolo Conte, Jacque
Brel, Leonard Cohen, Edith Piaf. Skąd pomysł na taki repertuar?
Pomysł wypłynął z serca. Piosenki, które śpiewam są najczęściej moimi
ukochanymi. One zawsze gdzieś we mnie były lub też są wynikiem absolutnego
zauroczenia. Nie kieruję się tak zwaną popularnością piosenek. Istotne
jest jedynie to, czy coś mi się podoba, czy nie. Szukam w tych melodiach,
tekstach siebie (szczególnie, że są to na razie piosenki zapożyczone),
mojego odczuwania, mojej wrażliwości. Bez tego niczego nie da się zaśpiewać,
a jeżeli nawet się da, trzeba zapytać „po co?”
Co Pani czuje kiedy w oczach
słuchaczy pojawiają się łzy, a na twarzach uśmiech?
Myśli Pani, że to zasługa Szkoły Teatralnej, czy własnej wrażliwości?
Hmmm... (śmiech). Wrażliwość czasem trudno w sobie odnaleźć. Trudno
się do niej przyznać. Dużym ryzykiem jest wystawianie na widok publiczny
własnych uczuć. To strasznie trudne. Szkoła, jeśli oczywiście trafimy
na przyjaznych ludzi, pomaga nam odkryć siebie. Ja miałam dużo szczęścia,
ponieważ dane mi było spotkać cudownych pedagogów, Józefa Opalskiego,
Janusza Grzywacza, Alicję Sławecką, którzy pozwalali mi, a wręcz namawiali,
aby ufać sobie.
Czuje się Pani bardziej aktorką
czy wokalistką?
Zdecydowanie wolę o sobie myśleć jako o wokalistce, niż o śpiewającej
aktorce. Muzyka zawsze była obecna w moim życiu i to właśnie jej podporządkowuję
myśl w piosenkach, które wykonuję. Wyznacza mi ona kierunek, w którym
chcę podążać.
Miłość, to temat przewodni wykonywanych
przez Panią utworów.
Dlaczego chce Pani śpiewać o tym, o czym śpiewa większość artystów?
To bardzo proste i banalne jednocześnie. Bez miłości nie byłoby nic,
nie byłoby nas. Nie byłoby też mojego śpiewania. Miłość jest początkiem
i końcem wszystkiego. Ma różne odcienie, zarówno te piękne, jak i trudne...
Łatwo jest się dzisiaj przebić
młodej śpiewającej aktorce, być zauważoną?
Czy jest zapotrzebowanie na śpiewających aktorów?
Ten zawód jest bardzo trudny, ponieważ jest tak naprawdę zawodem wolnym.
Nie można tu myśleć o stałej pracy. To ciągłe lawirowanie. Przeszkodą
jest konkurencja i duża trudność w dotarciu do publiczności. Moim marzeniem
jest oczywiście nagranie płyty z własnym repertuarem, do czego konsekwentnie
zmierzam. Nie jest to łatwe. Największym problemem dla młodej, śpiewającej
osoby jest sfinansowanie takiego przedsięwzięcia. Potrzeba do tego dużo
szczęścia ...
Są miejsca, w których występuje
się Pani lepiej bądź gorzej?
Na pewno wolę śpiewać czując bliskość widza. Pomaga mi kameralny klimat.
Każdy koncert to dla mnie wielkie święto, na które czekam z utęsknieniem.
Jak zachęciłaby Pani czytelników
do uczestnictwa w wieczorach "Przy Pompie"?
Niech pomyślę... Zapraszam Państwa na niepowtarzalne, letnie wieczory,
pełne muzyki i uroku, który zapewnia zaciszny ogródek Sceny "Przy
Pompie". Ja ze swojej strony zapewniam, że postaram się wyśpiewać
całe moje serce!